niedziela, 5 lutego 2017

Streptococcus i L-4.



Pewien wstrętny Streptococcus
zrobił małe hokus-pokus -
zaczarował gardło moje –
ja na nogach ledwo stoję…

Oj niedobrze, oj gorączka,
boli główka, boli rączka,
tutaj strzyka, tam coś rwie…
oj, źle ze mną dzieje się…

Pani doktor też się zżyma:
„Bardzo brzydka to angina!
więc napisać mam dziś chęć:
Leżeć w łóżku przez dni pięć!”

Dzień kolejny tedy leżę;
będzie lepiej? – już nie wierzę.
Leżę dalej, ledwo dycham,
kicham, stękam, kaszlę, prycham…

Antybiotyk przepisany
walczy świetnie z bakteriami
(to makrolid jest zawzięty -
mnie choróbsko idzie w pięty…)

A za oknem słonko świeci,
czas powoli sobie leci,
Kot szczęśliwy, Mąż i Dziecko
(czemu tylko mnie jest kiepsko?!)

Ach uroczą jesień mamy
moc kolorów za oknami,
śniegu nie ma, całkiem ciepło
(ech – angina to jest piekło…)

Może by tak nawiać z łóżka?
(chociaż kusi wciąż poduszka…)
Pójść na spacer gdzieś w podskokach
po zalanych słońcem stokach…

Tu kamyczek, tam wiewiórka,
płynie sobie mała chmurka,
dzięcioł w drzewo sobie wali…
(nie – to moje gardło pali!...)

Och, jak mogłoby być pięknie!...
(zaraz chyba łeb mi pęknie)
Lecz niestety - rzeczywistość
Nie pozwala mi stąd prysnąć.

Leżę nadal- plackiem prawie,
myślę tylko o zabawie,
chociaż przyznam, że myślenie
też dziś męczy mnie szalenie…

Jeden sposób znam na bóle –
do poduchy głowę tulę –
pewnie przyśni mi się praca…
(to jest koszmar, który wraca)

Pozostaje mieć nadzieję,
że nic wiecznie nie istnieje:
Streptococcus trupem padnie,
ja z łóżeczka wstanę ładnie,

humor wróci, sił nabiorę –
znów do czegoś się zabiorę!
I znów łóżko się zamieni
w niedościgłe me marzenie…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz